Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
84 posty 109 komentarzy

Poznanie

Marcin Kotasiński - Blog Marcina Kotasińskiego o filozofii, psychologii, naukach ścisłych i duchowości. PoznaniePoznania.pl

Andrzej Kiepas

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Mój osobisty destrukcyjny prześladowca naukowy – Andrzej Kiepas

 
(Ponieważ sprawa, którą poniżej opisuję silnie wzbudza moje emocje. Gdybym po wielu próbach wyczyszczenia tekstu z tych emocji nie zdołał zrobić tego dokładnie, od razu na to przygotowuję, aby ktoś nie zarzucił mi manipulacji. Niepierwszy raz zabierałem się za opisanie tej sprawy i wiele razy odrzucałem to, co napisałem.)
 
 
W czerwcu 2003 roku obroniłem pracę magisterską. Kilka lat wcześniej poznałem siebie, rozpoznałem Boga – dokonałem przełomowego odkrycia, bardzo szerokiego, dotyczącego bardzo wielu przedmiotów i zasadniczo Podmiotu. Po obronie poszedłem do Dyrektora Instytutu Filozofii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, prof. zw. dr hab. Andrzeja Kiepasa. Poszedłem zapytać o dalsze studia, doktoranckie. Najpierw po obronie chciałem złożyć dokumenty potrzebne do przyjęcia. Zebrałem wszystkie poza artykułami naukowymi, które wtedy były wymagane. Z powodu tych artykułów dokumentów nie złożyłem, studia nie przygotowały do pisania takich rzeczy. Zamiast tego, w wakacje 2003 roku, na prędko napisałem szkic swojej pracy doktorskiej. We wrześniu, udałem się z tym do wspomnianego Dyrektora, był promotorem mojej pracy magisterskiej. Po szeregu spotkań, pod koniec października zdecydował się „coś” uczynić ze sprawą, bo chodziłem jak żołnierz na każde wezwanie, byłem zdecydowany i nie chciałem ustąpić.
 
Wtedy zabrał mnie ze sobą do gabinetu prof. Barbary Szotek. Ta siedziała za swoim biurkiem, w pokoju rodem z komunizmu, z przerośniętym słabo zadbanym fikusem. Kiepas siadł za nią pod oknem na skromnym taborecie, jakby chciał pokazać, że to ona rządzi i jej decyzja w sprawie jest wiążąca, głosu w trakcie spotkania nie zabrał, biernie obserwował. Ta zaś, zamiast normalnie rozmawiać, zadawać pytania, podawać argumenty, zaczęła krzyczeć. Nie był to krzyk zwyczajny, jak wołanie o pomoc. To był krzyk kontrolowany, na celu miał dominację, rozbicie i moją dezorientację. Starała się nie dopuścić mnie do głosu, uczyniła to dopiero, gdy skończyła krzyczeć po dłuższym czasie. W krzyku zawarte były słowa typu „to jest nic”, „pan nie potrafi” z elementami poniżenia i uwag personalnych itp. Padło jedno, pozornie sensowne pytanie „gdzie są przypisy?” To był szkic pracy doktorskiej, w której dopiero mają znaleźć się przypisy i poświęca się temu cztery lata studiów doktoranckich. Moje odpowiedzi dały nic, żadnego pytania merytorycznego dotyczącego zawartości.
 
Scena jak z filmu o komunistach, który później oglądałem: milicja aresztowała opozycjonistę i próbowała zdominować go krzykiem na przesłuchaniu. Ten znał takie podejście i nie poddał się, ale śmiał. Ja nie znałem i moja obrona była za słaba mimo, iż przygotowanemu zaskoczeniu nie poddałem się. Szok dotarł do mnie dopiero po wyjściu. To są ludzie, których obdarza się autorytetem społecznym, czy ludzie, którzy dla własnych interesów naruszają dobro nauki i wszystkich ludzi, Polski, a nawet więcej? Czy taka napaść to przestępstwo? „Rozwiązanie” zostało narzucone bez możliwości wniesienia zażalenia. Ponieważ nie wierzyłem w to „przedstawienie”, nie wierzyłem też, że sprawa ma się tak skończyć, w dodatku miałem przełom naukowy, który pchał mnie do przodu.
 
Od tego dnia moje życie uległo zmianie, zbudowano „mur”, którego miałem nie przejść, a nieustępliwie pchałem się na niego, nie wiedząc że „mur” ma stać niewzruszenie. Zacząłem pracować samodzielnie i pisać „do szuflady”. Co chwilę chodziłem do owego Dyrektora, chcąc dostać się na studia doktoranckie. Pecha miałem takiego, że Dyrektor zajmował to stanowisko od 1999 roku do 2014. Przynosiłem szereg nowy koncepcji naukowych, to o rozwoju świadomości, to o samopoznaniu, nową koncepcję Prawdy, to o poznaniu ekonomii, coś w związku z fizyką i inne, najwięcej z filozofii i psychologii. Dyrektor pozostawał obojętny, skutecznie wszystko ignorował, tylko brał i oddawał. Chodziłem tak przez 12 lat. Każdy normalny człowiek, nagabywany tak często przez tak długi okres, sądzę, sprawdziłby o co chodzi, starannie na tyle, aby poznać w sposób spójny. Ten starannie starał się nie sprawdzić. Nie wykazywał żadnych emocji, choćby z powodu mojego narzucania się.
 
Nie chciał, bo ma własne interesy, jak interes umieszczenia w Instytucie Filozofii UŚ swojej córki, o czym zaraz. Nie znalazłem w nim nauczyciela, o którym mówi się, że wskazuje drogę, znajduje utalentowanych i zaangażowanych w naukę ludzi, nie wskazywał jakiegoś kierunku. Nie znalazłem naukowca, bo taki słysząc, że ktoś czegoś dokonał sprawdziłby, cechą naukowca ma być ciekawość. Człowieka też nie znalazłem, bo taki dostrzegłby starania i trudy innego, drugie sam tworzył.
 
To co otrzymałem to po latach pozbawionego sensu chodzenia. Dyrektor podał mi zwiędłą dłoń, chyba chciał wyrazić formalne współczucie, że trafił mi się obojętny los, którym był podający tę dłoń. Innym razem, gdy zapytałem o recenzję książki otrzymując odmowę i zapytałem o wydawnictwo, mówi „w Bielsku-Białej jest filozoficzne”, pytany dalej zupełnie wycofał się z pomysłu poinformowania mnie o nazwie, adresie, czy podaniu jakiejkolwiek bliższej informacji. Raz napisał notkę na temat mojej koncepcji prawdy z uwagami poza tematem i dotyczącą zagadnień drugorzędnych. Choć to mogło być mniej istotne. Istotne jest to, że nie rozwinął sprawy, podanie nowego kryterium Prawdy nie stało się powodem dalszego zainteresowania. Do koncepcji poznania ekonomii zaprosił profesora ekonomii z Akademii Ekonomicznej w Katowicach, który wychodząc z jego gabinetu zaśmiał mi się w twarz. Taka ta nauka polska w tym wydaniu „staranna”, nie trzeba zadawać pytań, nie trzeba bliżej sprawdzać, wystarczy rzut okiem, aby zachować pozory. Wystarczy, że to szkic bez obowiązkowych przypisów i można wyrzucić razem z człowiekiem. 12 lat można tak kogoś traktować, a do dziś to lat 14. Pozory na tyle skuteczne, że wygląda wszystko na w porządku. Pewien inny profesor z Instytutu Filozofii wychodząc na przerwie z sali wykładowej, widząc że przed salą rozmawiam z Dyrektorem, „błyskotliwie” i wprost chamsko wskoczył pomiędzy nas podczas rozmowy. Nie ważne, że było zbyt ciasno, jak to w rozmowie twarzą w twarz, ważne aby pokazać mi swoje plecy, pchać się nimi na moją twarz, byle odstawić pokaz poniżenia. Dyrektor, oczywiście, porządku z tym nie zrobił, ale humor mu się po tym lekko poprawił.
 
Wreszcie po zmianie Dyrektora, gdy spostrzegłem to rok później, dostałem się na studia doktoranckie w 2016. Tym razem było zaskakująco łatwo, przedstawiłem najpierw tekst o sposobie rozwiązania antynomii z pomocą mojej metateorii Prawdy. Rozmowa kwalifikacyjna trwająca dla innych około 15-20 minut, u mnie trwała może 5, nie zdążyłem nawet „rozkręcić się”. Wszedłem na studia, co krok podejmuję dyskusję ze starymi argumentami naukowymi, które w świetle mojego odkrycia tracą na powadze, ale oczywiście muszę to lepiej wyjaśnić, bo na razie brzmi to jak przechwalanie się. Niemniej po 13 latach znoju i mordęgi wszystko poszło łatwo i jakby stało się nic, taki mały „żart” od losu.
 
13 lat zajęło mi dostawanie się na studia doktoranckie, gdzieś zniknął mi kawał, chyba najważniejszej społecznie i ekonomicznie części życia. Choć odkryłem i spisywałem wiele, zupełnie nowych i bardzo odległych w stosunku do stanu dzisiejszej wiedzy o umyśle i człowieku koncepcji naukowych, mało zabrakło abym po drodze „wykrwawił się” i padł na twarz, co jasne w takim znoju kilka razy bywa blisko.
 
Niech o moim skutecznie ignorowanym, a zabójczo wytrwałym zaangażowaniu w poznanie świadczy to, że w trakcie tych zrabowanych lat, aby pracować naukowo i jakoś żyć przebrnąłem przez około 40 miejsc pracy. Najpierw próbowałem pracować umysłowo, ale to wyczerpywało, nie trwało jedynie 8 godzin dziennie i nie pozwalało zgodnie połączyć się z pracą naukową. Po tym przyszły prace proste i możliwie najmniej zajmujące czasowo. Co wiadomo, przypadły na czas szalejącego na rynku pracy niechlujnego „planu Balcerowicza”. Czyli prace bez umowy, czasem zdarzyła się umowa zlecenie, chyba dwa razy umowa o pracę. Było ich tyle, bo ważniejsza była nauka. Zarobki po kilkaset złoty, brak szacunku, używanie narzędzi pracownika, niewypłacanie na czas, różne próby zaniżania płacy, brak ubezpieczenia, składek emerytalnych – pełne uprzedmiotowienie. Na emeryturze mogę iść prosto do śmieci, bo ZUS nie przewiduje realnych emerytur, a szczególnie dla ludzi bez składek.
 
Naturalnie w takich sytuacjach, rozpad małżeństwa, bo żona chciała pieniądze, nie twórczą pracę „bez perspektywy” i zamiast Miłości zaoferowała wojnę. Więc „niechcący” połączyła siły z moim prześladowcą Kiepasem, który zapewniam, zapytany pokaże tylko niewinne oczy. Widziałem to raz, gdy spotkaliśmy się po raz ostatni do tej pory, gdy powiedział, że chce świadka w naszej rozmowie. Chwycił za telefon, już ma dzwonić, ale zamiast to zrobić, tylko gmerał palcem po ekranie, niczego nie włączał, ale ucho nastawiał pokazując w efekcie wywyższenie. No cóż, w końcu to tylko bardzo skromy Dyrektor Instytutu Filozofii jednej z polskich uczelni, który nawet napisał ładny artykuł o odpowiedzialności, gdzie wymienia szereg jej typów. W moim przypadku – jak myślę – jestem poza „odkrytym” przez niego zakresem odpowiedzialności.
 
W trakcie tych lat pisałem do wielu ludzi, aby znaleźć gdzieś pomoc. Pisałem do wielu naukowców, znanych, polskich. Pisałem do rożnych mediów. Napisałem do Rzecznika Praw Obywatelskich, po nic. Poszedłem na Prokuraturę. Ponieważ zbyt długo wierzyłem w dobre rozwiązanie, poszedłem za późno, bo rząd PO, jak odpowiedział prokurator, wprowadził prawo, które sprawy kasuje po 10 latach, a był to już rok 2015, więc 12 lat od podstępnej napaści „Kiepas-Szotek”. No, przepraszam, zakrzyczeć kogoś znienacka, to bliżej napaści niż serdeczności, czy starannego wyjaśnienia sprawy.
 
Gdy zostałem przyjęty na studia doktoranckie w 2016 roku, pod koniec pierwszego roku napisałem do JM Rektora o swojej historii, bo dopiero jako uczestnik studiów mogłem zwrócić się tam, w tej sprawie. Odpowiedzi urzędników znamy, bez wzruszenia „nic mnie to obchodzi”, w innych słowach, bez pytań o „rewelacje”, prawdziwość sprawy, czy życie. Od razu dysponował na tyle pełną wiedzą, aby dopasować standardową odpowiedź. Po postu, takie odpowiedzi powtarzają się na tyle często, że można uzyskać w urzędniczych odpowiedziach orientację.
 
Pisałem do polityków, ministra P. Jaki, który zachęcił mnie swoją bezkompromisową postawą wobec poprzedników. Ministra J. Gowin, który energicznie zabrał się do reformy Szkolnictwa Wyższego. Ministra M. Błaszczaka, który trzyma wszystkie „ostre psy na smyczy” (bez obrazy), żadnego nie użyczył. Nawet do panującego Prezydenta RP A. Dudy. I do innych osiągając standardowe N-I-C. To Twój kraj, Polska. Lepiej panowie nie odpowiadać, bo to już zaangażowanie i rzuca cień zobowiązania za żyjących w tym kraju ludzi i zaniedbanych samodzielnych odkrywców. Cechą niewiedzy jest ignorancja, bo nie wie, co można poznać, a myśli, że ma najlepsze.
 
Zacząłem więc rozmowy z przedstawicielstwami innych krajów, aby im oddać całą swoją naukę. Może jeśli będę miał jeszcze wolę do rozwiązywania „krzyżówek” różnych formularzy, to by wynieść się z tego kraju, bo w jakim sensie jest on mój, że jestem kawałkiem zarejestrowanego mięsa bez podmiotowości? A jak mam to rozumieć jeśli podatki i prawo obowiązuje, a posłuchu nie ma? Jednak jeśli stanie się tak, a moja sprawa nie zostanie pozytywnie dla mnie rozwiązana, tu nie publikuję. Nie opublikowałem do tej pory nawet jednego artykułu naukowego, bo albo mnie nie dość dobrze nauczono albo w tych wydawnictwach naukowych coś nie działa jak powinno. Uważam drugie, bo swoje teksty dobrze rozumiem i coś chyba dociera do Czytelników. Z kolei znaczenie formalizmu tekstów naukowych przerosło dawno znaczenie ich treści. Wydaje się, że przez formalizm próbuje się dociec jaka ma być treść nauki, czyli „trochę” mija się to z celem i nauką. Sprawdzanie różnych mód trwa za długo na życie człowieka.
 
Tak sobie myślę, że przy tym, co spotkałem dużo łatwiej zaakceptowałbym, gdyby mnie okradziono z domu, pieniędzy, samochodu, roweru, telewizora, ziemi, której też nie mam, czy innych przedmiotów zmysłowych, ale z mojego życia? W jaki sposób skoro jest moje, jest tak ze mną zintegrowane? Samopoznaniem i rozpoznaniem Absolutu dokonałem niemożliwego, tak się to nazywa w nauce, nawet w teologii. Czy zatem sprawiedliwym jest oczekiwać niemożliwego zwrotu mojego życia?
 
...
 
Przechadzając się po korytarzu swojej Uczelni, UŚ w Katowicach, gdzie spisuję w ramach studiów doktoranckich swoją metateorię Prawdy, mijam gabinet A. Kiepasa, który pracuje tam nadal na umowy zlecenie w... Zakładzie Etyki, siarczysty paradoks. Można by tę sytuację nazwać słowami nieżyjącego ks. prof. Tischnera, który wymienił rodzaje Prawdy, jedna to „g” prawda. Po przeciwległej stronie korytarza mijam gabinet córki Kiepasa, mgr. Katarzyny Kiepas-Remiesz. Kiedyś przez oczy przemknęła mi informacja, że syn Kiepasa znalazł miejsce na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Czy to nepotyzm, czy „święte prawo” Dyrektorów i innych „zdolnych”? Bo poprzedni Dyrektor Instytutu Filozofii także znalazł miejsce w tym Instytucie dla swojego syna, prof. zw. dr hab. Józef Bańka dla Jakuba Sebastiana Bańki. Gdy tak sobie mijam te gabinety nachodzi mnie myśl, czy moja praca, metateoria Prawdy, zrodzona w wielkim trudzie i fatalnych warunkach będzie lepsza, czy gorsza od prac tych zadbanych przez ich rodziców ludzi? Może sprawdzimy, może nie, ja dziś tego nie wiem.
 
Widzę trzy możliwości, (A) że ktoś moją sprawą zajmie się i należycie ją rozwiąże, aby powstała zgoda, (B) nie rozwiąże i sama bądź z moim ciałem i duchem wyleci poza Polskę, (C) jak w moim śnie, trafi w śmieci (https://www.salon24.pl/u/poznanie/808040,filozoficzny-sen-o-aktualnej-doczesnosci)
 
Jest tu coś jeszcze, z mojej pracy, o poznaniu poznania, wynika, że jest ona koniecznością historyczną w ludzkim poznaniu, Boskim przesłaniem o czasie samopoznania. Bo wchodzimy właśnie w czas przejścia, z postmodernizmu, cechującego się kulturowym i światopoglądowym relatywizmem, w czas wyboru wartości absolutnych, które zostaną teraz poznane. Stąd najpierw metateoria Prawdy, pierwsza i podstawowa z wartości. Wynika z całego konceptu, że tu wszystko Bóg kontroluje i zrobi jak zechce, da albo nie da, zależy co z siebie człowiek da. Czy to niemożliwe? Jeśli będziemy za dużo rzeczy nazywali niemożliwymi, bez dowodów, a tylko bo nas nachodzi takie przeświadczenie, utkniemy.
 
 
Dla przytomności i by ocknąć się z ewentualnego wpływu moich emocji, mały eksperyment na koniec.
 
Poproszę teraz Czytelnika, aby przypomniał sobie, w miarę wiarygodnie, co robił, kim był i jaki był jego stan posiadania w 2003 roku. Ile miał pieniędzy, ziemi, domów, samochodów, tytułów, wartościowych posad, ile razy wyjechał np. na wakacje, czy inną ciekawą podróż itp.
 
Po tym przypomnieniu, proszę spojrzeć ile zostało zdobyte, zyskane, zarobione od tamtego 2003 roku do dziś, 2017 roku. Co ma więcej?
 
Wreszcie, niech odważnie, jak mnie narzucono, to co zyskał w trakcie tych 14 lat, po prostu, brutalnie wrzuci w śmieci, w myśli. Wyobraź sobie Czytelniku tę fatalną alternatywę, że tego wszystkiego nie masz. Dodaj małżeństwo, nie musisz rodziny, bo nie pozwoliłem jej rozpędzić z powodu jednego człowieka. Tę całą różnicę jaką spostrzeżesz mnie i mojej rodzinie odebrano, rozbijając nasze życie, bo poświęciłem je dla wspólnego dobra, poznania nowej wiedzy, którą znalazłem, poznania Boga i rozwiązania kilku największych zagadek nauki. Zrobiłem to, wiem że nie wiesz albo najwyżej dopiero coś spostrzegasz jeśli coś, co opublikowałem przeczytałeś, ale ja to mam.
 
 
Ps. W piśmie do Rektora napisałem na samym końcu, że protestuję i w ramach protestu od lat nie chodzę do lekarza, dałem tym ze swej strony czas do namysłu, wiadomo to się „wlecze”. To nie koniec i nie pełne rozwinięcie mojego protestu.
Właśnie przeczytałem, że Kukiz, do którego też pisałem, 20 lat nie był u lekarza i przewrócił się. Do tego wyniku kilku lat mi brakuje, a raz byłem, bo mi oko bielało. Z wiary w „dobrą zmianę” postanowiłem je jeszcze zachować, choć i tak namyślałem się nad tym za długo, bo dostałem burę i 7 zastrzyków w to oko. Także, „bawmy się” w naprawę lub dalszą ruinę, cokolwiek, byle jasność i pozostawienie możliwości na reakcję.
 
 
 
 
 
 

KOMENTARZE

  • Jednego nie rozumiem:
    Po co pchac sie w dziedzine gdzie nie ma kasy?
  • @staszek kieliszek 00:01:16
    Odpowiem pytaniem: jeśli ma pan możliwość poznania Boga, wyzwolenia się od doczesności i wejścia do tzw. Nieba, co pan wybiera Niebo czy kasę?
  • @Marcin Kotasiński 13:16:07
    Ja tam wole jedno i drugie.Fajna panienka tez nie pogardze.
  • @staszek kieliszek 20:17:49
    Też, to normalne, mamy ducha i ciało, pierwsze zrobiłem, a drugie, "nóż w plecy", wielokrotnie, czy może lepiej, przez szereg lat, choć z prezentem przybyłem tłumaczącym jak to zrobić. Pan ma pierwsze? Bo lepiej brać w podanej kolejności, tak jest łatwiej.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031